,,Irańczycy grożą atakami na największe firmy technologiczne i dają ludziom pracującym w tych firmach ostatni sygnał ostrzegawczy: „Uciekajcie, póki możecie!”
To już nie jest wojna, która chce tylko zniszczyć lotnisko, rafinerię czy bazę wojskową. To jest wojna, która coraz wyraźniej mierzy w system nerwowy współczesnego świata: w chmurę, serwery, dane, komunikację, streaming, usługi i wszystko to, bez czego miliardy ludzi nie umiałyby dziś normalnie pracować ani żyć.
„Wojsko USA jest gotowe udaremniać ataki”
Kiedy kilka godzin temu opublikowałem analizę, w której tłumaczyłem, że wojna przenosi się na poziom hakerów, dronów i nowych technologii, że małe grupy ludzi są dziś w stanie wstrząsnąć wielkim mocarstwem skuteczniej niż niejedna regularna armia, nie spodziewałem się, że tak szybko dostaniemy kolejny, tak wyrazisty dowód. A jednak właśnie go mamy.
31 marca Reuters podał, że po groźbach ze strony irańskiej Gwardii Rewolucyjnej amerykańska administracja oświadczyła, iż wojsko USA jest gotowe udaremniać ewentualne ataki na amerykańskie firmy w regionie. Sama groźba została więc potraktowana przez Biały Dom śmiertelnie poważnie, a nie jak egzotyczny komunikat, który można zbyć wzruszeniem ramion.
Wojna przeciw systemom, które podtrzymują codzienność
Wojna przestaje być konfliktem państw przeciw państwom, a coraz bardziej staje się konfliktem państw przeciw systemom, które podtrzymują codzienność całego świata. I mówiąc szczerze, zupełnie mnie to nie dziwi. Jeżeli giganty technologiczne współpracują z wojskiem, dostarczają analizy danych, chmurę, łączność, systemy wspomagania decyzji albo infrastrukturę, bez której nowoczesna armia staje się ślepa i głucha, muszą się liczyć z tym, że przeciwnik zacznie traktować je nie jak neutralny biznes, lecz jak część aparatu wojennego.
Wystarczy przypomnieć rolę firm analizujących dane dla wojska, w tym Palantira. Ta firma była i jest wykorzystywana przez Ukrainę, ale dziś mówi się o niej również przede wszystkim jako o podmiocie współodpowiedzialnym za analizę danych i wskazywanie konkretnych celów zaatakowanych później w Iranie. A skoro tak, to można też przypuszczać, że to właśnie takie systemy mogły mieć udział również w błędnym wskazaniu celu, którego skutkiem była śmierć dziesiątek irańskich dziewczynek w szkole. Jeżeli technologia bierze udział w selekcji celu, technologia staje się częścią wojny. A skoro staje się częścią wojny, staje się także celem wojny.
Musk, Starlinki i kłopot z „neutralnością”
Najbardziej wymowny był zresztą już wcześniejszy przypadek Elona Muska i Starlinków. Pod płaszczykiem neutralności miotał się on w pierwszej fazie wojny Rosji z Ukrainą między autopromocją a strachem przed konsekwencjami tego, że jego system jest wykorzystywany do walki z rosyjską armią. Bez Starlinków ukraińskie wojska, drony i łączność byłyby znacznie bardziej ograniczone, ale Musk dobrze wiedział, że każda taka technologia może zostać odczytana przez przeciwnika jako bezpośrednie wsparcie pola walki.
Warto przy okazji przypomnieć rzecz, którą świat zbyt chętnie wygodnie przemilczał: za ogromną część Starlinków dla Ukrainy oraz za ich abonament płaci Polska, nie Musk z własnej kieszeni. I to Polsce należy się za ten ruch uznanie, bo było to rozwiązanie znacznie tańsze i rozsądniejsze niż bierne czekanie, aż wojna dojdzie bliżej naszych granic.
„Opublikowali prywatne maile i zdjęcia szefa FBI”
Kim są ludzie, którzy dziś grożą takim firmom? Nie mówimy o internetowych przebierańcach szukających uwagi na forach. Mówimy o środowiskach, które już pokazały, że potrafią uderzać nie tylko w systemy, lecz także w sam prestiż amerykańskich instytucji.
Irańsko powiązana grupa Handala włamała się do prywatnej skrzynki mailowej szefa FBI Kasha Patela i opublikowała ponad trzysta maili oraz prywatne zdjęcia. To bardzo ważny sygnał, bo pokazuje styl działania: nie tylko klasyczny atak na system, lecz także publiczne kompromitowanie ludzi i instytucji, uderzanie w zaufanie, wizerunek i poczucie kontroli. W takich działaniach nie chodzi już tylko o zdobycie danych. Chodzi o pokaz siły, o wywołanie paniki i o upokorzenie przeciwnika na oczach całego świata.
„Chmura” nie jest żadną chmurą
To zresztą nie jest tylko wojna o dane, lecz także wojna o infrastrukturę, która udaje „chmurę”, choć z chmurą nie ma nic wspólnego. Jeśli komuś jeszcze trzeba brutalnie uświadomić, jak kruchy jest system technologiczny, na którym opiera się dziś praktycznie cały świat, to warto powiedzieć to jasno: ta cała słynna chmura nie unosi się nad nami jak magiczna mgła. To są serwery, bardzo często zlokalizowane w Stanach Zjednoczonych albo obsługiwane przez amerykańskie firmy, a dane docierają do Europy między innymi dzięki kablom biegnącym po dnie oceanu.
Wystarczy poważny atak na centra danych, na zasilanie tych centrów albo na kluczowe połączenia transmisyjne, by sparaliżować pracę, komunikację, usługi i znaczną część codziennego życia po drugiej stronie oceanu. Kilka przeciętych kabli albo kilka dobrze trafionych centrów przetwarzania danych może dziś znaczyć więcej niż cała klasyczna dywizja na granicy. Musimy sobie wreszcie to uświadomić.
„Pierwszy publicznie znany przypadek”
Nie jest to zresztą wyłącznie hipoteza. Mamy już precedensy. Drony uszkodziły centra danych dużego amerykańskiego dostawcy usług chmurowych w ZEA i Bahrajnie. Sama firma mówiła o uszkodzeniach strukturalnych, zakłóceniach zasilania i długim odtwarzaniu usług. Opisywano to jako pierwszy publicznie znany przypadek wojskowego zakłócenia działania dużej amerykańskiej infrastruktury chmurowej.
Kilka tygodni później pojawiały się informacje o kolejnych zakłóceniach tego typu. To już nie jest więc rozmowa o science fiction, tylko o precedensach. I w mojej opinii one powinny nas interesować bardziej niż najbardziej napompowane przemówienia polityków o sile i odstraszaniu.
Kiedy streaming zaczął zagrażać całemu systemowi
Pamiętam doskonale, jak w czasie lockdownów na całym świecie ruch w streamingu i wideo urósł tak mocno, że Komisja Europejska apelowała do Netflixa i YouTube’a o obniżenie jakości transmisji, żeby nie przeciążyć sieci. Wtedy chodziło o kryzys wywołany gwałtownym wzrostem popytu i zamknięciem ludzi w domach. Dziś rozmawiamy o czymś znacznie groźniejszym, bo podobny efekt paraliżu może zostać osiągnięty nie przez tłum użytkowników, lecz przez świadomy atak na infrastrukturę.
Na marginesie dodam tylko, że tamten moment miał również swój groteskowy epizod, kiedy największy portal z treściami dla dorosłych postanowił wykorzystać globalne zamknięcie ludzi w domach i rozdawał premium za darmo. Śmieszne? Owszem. Ale też symboliczne. Już wtedy było widać, jak bardzo współczesny świat zależy od cyfrowych nawyków, kabli, serwerów i przepustowości, o których większość ludzi nie myśli, dopóki wszystko działa.
Milczenie gigantów też jest odpowiedzią
Jak reagują same wielkie firmy technologiczne? Publicznie, przynajmniej na razie, zaskakująco oszczędnie. Część wskazanych firm nie odpowiedziała od razu na prośby o komentarz, a kilka największych odmówiło wypowiedzi. To wcale mnie nie uspokaja. Przeciwnie. Milczenie takich firm w obliczu groźby oznacza zwykle, że trwa gorączkowy przegląd ryzyka, sprawdzanie ekspozycji, kontakt ze służbami i wewnętrzne liczenie, które elementy systemu są naprawdę krytyczne.
Czy te groźby są stuprocentowo wykonalne dokładnie tak, jak zostały ogłoszone? Tego nikt uczciwy dziś nie wie. Ale czy należy je traktować poważnie? Zdecydowanie tak. Historia ostatnich tygodni pokazuje bowiem, że technologiczny świat nie jest już zapleczem wojny. On sam staje się polem walki.
Najpierw serwery, potem codzienność
I to jest dla mnie najważniejszy wniosek z całej tej historii. Przez lata słuchaliśmy opowieści o cyfrowej chmurze, o wygodzie, o streamingu, o sztucznej inteligencji, o globalnych platformach, jakby wszystko to było lekkie, czyste i niemal abstrakcyjne. Tymczasem pod spodem od początku była brutalna materia: serwery, zasilanie, kable, centra danych, ludzie z dostępem, ludzie z kodem, ludzie z dronami i ludzie z umiejętnością sparaliżowania systemu, od którego zależy pół świata.
Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, że małe grupy są dziś w stanie wstrząsnąć wielkim mocarstwem, to najwyraźniej dalej patrzy na XXI wiek jak na stary film o armiach, czołgach, podczas gdy prawdziwa wojna dzieje się już inaczej i gdzie indziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz