@Rafał Szrama
Do czego dąży Rosja?
Odpowiedź na to pytanie jest o tyle ułatwiona, że nikt w Rosji tego nie ukrywa. Rosja chce odgrywać jedną z najważniejszych roli na świecie w tzw. świecie wielobiegunowym, w którym rosyjska strefa wpływów rozciągająca się na całą Europę i część Afryki, a może też i Ameryki Łacińskiej, dałaby jej potencjał liczącego się gracza. Choć Amerykanie postawili tamę: Western Hemisphere is ours! Czyli Ameryka Łacińska już raczej odpada.
Potencjał tak gospodarczy, jak i ludzki i technologiczny do przejęcia. Coś w rodzaju Bloku Wschodniego w czasie Zimnej Wojny, choć tamten potencjał był zbyt mały, by przetrwać rywalizacji z silnym Zachodem. Dlatego dziś rosyjscy ideolodzy i propagandziści mówią o całej Europie, co zarówno wzmocni prorosyjski Blok Wschodni, jak i osłabi mityczny „Zachód”, ograniczając go do Stanów Zjednoczonych, Kanady i Może Australii. Może, bo w Azji będą działać Chiny, a co one osiągną na polu tworzeniu własnej strefy wpływów, to ich sprawa. Zapewne do zderzenia obu wschodnich mocarstw może dojść w Afryce i w niektórych częściach Azji, ale do czasu pokonania głównego wroga, czyli demokratycznego Zachodu, spory trzeba będzie schować do kieszeni i iść ramię w ramię. Rozumie to zarówno Władimir Putin, jak i Xi Jinping.
Pozostaje pytanie, czy można wierzyć rosyjskim propagandystom. Z tym trzeba być ostrożnym, bo często opowiadają oni niesamowite banialuki. Nie można wierzyć im dosłownie, odnośnie faktów, zdarzeń. Ale zdecydowanie warto obserwować kierunek w jaki idą. Ich propaganda jest ściśle sterowana z Kremla i nie mówią oni niczego, co by się na Kremlu nie podobało. Jeśli więc wskazują wroga, to nie ma powodów, żeby w to nie wierzyć. Jeśli wprowadzają określoną narrację, to też nie bez powodu, nie robią tego z nudów, ale dlatego że tak im kazano. Ponadto wtórują im wysoko postawieni rosyjscy politycy, którzy mówią niejako wyrywkowo, to o tym, a to o tamtym. Ich wypowiedzi trzeba mozolnie składać w całość, jak puzzle. I znów wyłania się ten sam obraz: świat wielobiegunowy i solidna strefa wpływów, w której Rosja może w pełni decydować. Zwłaszcza, że trafiła się okazja – amerykański prezydent ma podobne poglądy, on też chciałby władać połową świata. Uważa, że w państwach słabszych może decydować, w końcu jest prezydentem USA. Dzięki temu, choć tak bardzo się od siebie różnią, to na tym polu Władimir Putin i Donald Trump nadają na tych samych falach.
To jest sprawa dość jasna. Strefa wpływów nie oznacza ani kolonii, ani okupacji, ale wyłącznie kompletne uzależnienie. To coś bardziej ulotnego, nieuchwytnego. W atlasach nie jest zaznaczone, które państwa są od których mocarstw uzależnione. A w sumie taki atlas też powinien być wydany, choć trzeba znaleźć jakieś wieloaspektowe wskaźniki pozwalające jakoś zmierzyć to uzależnienie, choćby niedokładnie i subiektywnie, ale przynajmniej metodycznie. Zadajmy sobie na przykład pytanie: czy Polska jest uzależniona od Stanów Zjednoczonych? No w jakimś stopniu jest, ale wciąż nie wkracza to w obszar polskiej suwerenności. A czy Białoruś jest uzależniona od Rosji? Gołym okiem widać, że o wiele bardziej. Białorusini nie są w stanie wybrać władz nieakceptowalnych na Kremlu. Rosyjskie wojska mogą wykorzystywać terytorium Białorusi nawet do dokonania agresji na inne państwo, zaś białoruski przemysł pracuje pełną parą na użytek rosyjskiej machiny wojennej. Na przykład rosyjskie wojska od zakończenia Zimnej Wojny nie kupowały więcej pojazdów samochodowych MAZ produkowanych w Mińsku, ale w 2023 r. wznowili zakupy, bowiem strat nie dały rady pokryć ich własne firmy Kamaz z Nabierieżnyje Czełny nad Kamą, Ural z Miass pod Czelabińskiem i BAZ z Briańska. Białoruś musiała też przekazać Rosji część własnego uzbrojenia i amunicji, bo Rosja potrzebowała. Białoruś jest niewątpliwie zalążkiem takiego Bloku Wschodniego, jaki chce zbudować Rosja. Podporządkowywanie sobie ma wiele zalet, w tym brak konieczności okupacji oraz traktowanie ich przez innych jako niepodległe kraje, bo zależności nie są zaznaczane w atlasach geograficznych.
Kogo uzależniła jak dotąd Rosja?
I tu jest właśnie problem. Władimir Putin nie ma na tym polu wielkich osiągnięć, co nie znaczy, że się nie stara. Wzorcowym działaniem było ujarzmienie Czeczenii, która oczywiście jest częścią Rosji, ale się mocno zbuntowała. Podjęta w 1994 r. próba wtargnięcia siłowego, okupacji i brutalnego stłumienia czeczeńskiego powstania skończyła się porażką. Pod koniec lat 90. dyrektor FSB Władimir Putin najpierw skłócił czołowe frakcje czeczeńskiego ze sobą, doprowadził do walk wewnętrznych, a następnie na przełomie 1999 r. i 2000 r. wtargnął zbrojnie, wchodząc jak na swoje. Do 2004 r. prorosyjskie władze umocniono i właśnie Czeczenia stała się wzorcem tego, jak to się robi. Rosja nie tylko nie musi okupować Czeczeńców, ale dość szeroko korzysta z ich usług w wojnie w Ukrainie.
W ten sam sposób oderwano od Gruzji Abchazję i Południową Osetię, obecnie są to formalnie niepodległe państwa, całkowicie zależne od Rosji. Ługańska i Doniecka Republika Ludowa zostały formalnie włączone do Rosji, a Republika Abchazji i Republika Osetii Południowej nadal pozostają poza Rosją, choć ich niepodległość uznaje tylko kilka państw świata, w tym Rosja właśnie.
Władimir Putin zdołał przyłączyć do Rosji Krym i ustanowić lądowe z nim połączenie, ale wyzwanie jakim stało się złamanie i podporządkowanie Ukrainy okazało się zbyt trudne. Popełniono błędy przy samym planowaniu i przygotowaniu agresji w 2022 r., a teraz trzeba czekać, aż Ukraińcy nie dadzą już rady walczyć dalej. Do tego celu Rosja się pomału zbliża, ale nie można dać Ukraińcom wytchnąć. Jednocześnie nie można w Ukrainie wytracić wszelkich zasobów, bo przecież zasadnicza część planów co do tworzenia europejskiej strefy wpływów dopiero czeka na realizację. Tymczasem bardzo wymknęła się Rosji z rąk Armenia, której nie udzielono pomocy w wojnie z Azerbejdżanem, bowiem Rosja była zbyt zajęta w Ukrainie. Z tego samego powodu pozwolono upaść reżimowi Baszara el-Asada w Syrii, i Rosja straciła kolejne zależnego od siebie sojusznika. A łamanie Ukrainy trwa nadal, choć cena tego jest olbrzymia.
Władimir Putin nie ma jednak innego wyjścia. Cofać się nie ma już gdzie, bowiem straciłby on resztki szacunku, a wówczas w Moskwie by mu tego nie wybaczono. On po prostu musi pokonać Ukrainę, bo poniósł już tak olbrzymie koszty, że nie może sobie pozwolić na to, by zatrzymać się w pół drogi. Już raz to zrobił w 2014 r. Wtedy się zawahał i zatrzymał, a trzeba było iść za ciosem. Bał się reakcji świata, a tak tę samą reakcję świata i tak ma, zaś harda Ukraina która się odbudowała i skonsolidowała, nie daje się złamać. Czy Władimir Putin miałby zrobić to samo co w 2014 r.? Zatrzymać się, przerwać działania i pozwolić przeciwnikowi na wytchnienie i konsolidację? Przecież to byłby koniec Putina, który i tak nie ma zbyt wielkich osiągnięć w budowie świata wielobiegunowego. Za mało, za wolno. Czy ratunkiem na „za mało i za wolno” jest zatrzymywanie się przed osiągnięciem celu?
Dlatego naszym zdaniem Władimir Putin nie zatrzyma się w pół drogi. A jeśli to zrobi, to będzie to jego powolny (lub nieco szybszy) koniec. Dlatego Rosja nie da się namówić na żadne zawieszenie broni, nie mówiąc już o trwałym pokoju. Putin będzie przeciągał, grał na czas, zwodził amerykańskiego prezydenta. A w międzyczasie może Ukraina upadnie. Wtedy oczywiście zgodzi się na zawarcie pokoju, ale w Kijowie będą już jego ludzie, sterujący Ukrainą ku świetlanej przyszłości u boku Rosji Białorusi. Takie trzy siostry, jak nazwa ronda i potrójnego przejścia granicznego na styku granic trzech wspomnianych państw. Donald Trump będzie wniebowzięty, wszak załatwił pokój!