Chrześcijaństwo miało zaczynać się od prostego: „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”
A jednak z czasem ktoś odkrył, że na wierze można zbudować całkiem dochodowy biznes 
Konferencje, płatne rekolekcje, obozy chrześcijańskie, książki, kursy, „szkoły prorocze”, bilety VIP, zbiórki, cegiełki, patronaty, gadżety, płatne transmisje… Do tego dziesięciny, które w niektórych środowiskach przedstawia się niemal jak obowiązkową opłatę za bycie „porządnym wierzącym”. Duchowość dostała cennik, a im bardziej rozpoznawalny kaznodzieja, tym większa marka
I nie, nie twierdzę, że każdy pastor, ksiądz czy ewangelizator robi to dla pieniędzy. Uczciwi ludzie istnieją. Ale kiedy ktoś zaczyna sprzedawać ludziom nadzieję, dostęp do „namaszczenia”, obietnicę cudu albo poczucie bycia bliżej Boga, zapala mi się czerwona lampka 


Szczególnie gdy słyszę, że trzeba oddać dziesięć procent dochodu, zapłacić za chrześcijański obóz, konferencję czy kolejne „duchowe szkolenie”, żeby wzrastać w wierze.
Bóg naprawdę potrzebuje przelewu, żeby człowiek mógł być blisko Niego
Jezus nie chodził z terminalem płatniczym
Nie pobierał dziesięciny od uczniów, nie sprzedawał wejściówek na Kazanie na Górze i nie oferował pakietu PREMIUM z miejscem w pierwszym rzędzie 
Najbardziej przewrotny biznes świata
Sprzedawać ludziom za pieniądze dostęp do Boga, który podobno jest wszędzie i nie należy do żadnej instytucji 
Wiara może być bezcenna
I właśnie dlatego nie powinna mieć metki z ceną

I tu ironia historii robi się wyjątkowo mocna - kiedyś 30 srebrników było symbolem zdrady, a dziś czasem mam wrażenie, że religijny biznes tylko podniósł stawki 
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz