sobota, 24 stycznia 2026

 ,,

ARIUS
Dlaczego Mężczyzna kocha kobietę ? Ponieważ ona go inspiruje. Nie kocha jej za seks, umiejętności społeczne, dobre gotowanie czy bycie dobrą matką... Te cechy wspierają jego najgłębszą tęsknotę. Kocha ją, ponieważ ona potrafi wyrwać go z przyziemności. Mężczyznę pociąga kobieta, która może dać mu to, czego mu brakuje lub pomóc rozwinąć różne aspekty jego samego. Przyciąga go taka właśnie kobieta, ponieważ może przenieść go na inny poziom doświadczenia. Kocha ją, ponieważ ona może zabrać go do wieczności i pomóc mu doświadczyć swojej nieskończonej jaźni. To jest główny fundament długoterminowej relacji. Mężczyzna chce towarzystwa kobiety, której możesz zaufać, potrzebuje kogoś w swoim życiu, komu może głęboko zaufać. Chce z nią porozmawiać, opowiedzieć jej wszystko. Mężczyzna musi dać jej pewność, a ona da mu natchnienie. Kiedy mężczyzna naprawdę kocha kobietę, będzie chciał, aby się rozwijała i wyrażała swoją nieskończoność, ponieważ wtedy ona może go zainspirować do osiągnięcia sfer wykraczających poza jego marzenia.

czwartek, 22 stycznia 2026

 ,Notatka z Davos: wielkie korporacje będą forsować AI pomimo braku społecznego przyzwolenia.

Czy globalne korporacje właśnie zaczynają bać się własnego projektu? Wystąpienie CEO Microsoftu Satyi Nadelli na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos odsłoniło coś, czego Big Tech do tej pory nie mówił wprost: sztuczna inteligencja może stracić społeczne przyzwolenie, jeśli ludzie nie uznają jej za „wystarczająco użyteczną”.
Nadella jasno przyznał, że obecny boom na AI jest kruchy. Jeżeli społeczeństwo nie zostanie przekonane, że AI jest niezbędna w codziennym życiu, popyt może się załamać. Dlaczego? Bo AI pochłania gigantyczne ilości energii, a jej zużycie coraz trudniej uzasadnić w świecie, w którym energia staje się zasobem strategicznym i politycznym.
Microsoft planuje w 2026 roku wydać dziesiątki miliardów dolarów na nowe centra danych. Serwerownie szkolące i obsługujące AI pożerają prąd w skali, która zaczyna budzić sprzeciw nie tylko ekologów, ale zwykłych obywateli. Nadella wprost przyznaje: jeśli AI nie będzie realnie użyteczna, społeczeństwo może nie zaakceptować spalania energii tylko po to, by „generować tokeny”.
Użytkownicy widzą, że AI jest wciskana wszędzie, nawet do Painta. Szczególnie ironicznie brzmi to wszystko w Davos, gdzie World Economic Forum od lat głosi hasła zielonej transformacji, oszczędzania zasobów i odpowiedzialności klimatycznej. Big Tech wie, że bez masowego, wymuszonego zastosowania AI jego inwestycje mogą okazać się finansową katastrofą. Dlatego zaczyna się narracja o „konieczności”, „niezbędności” i „ratowaniu świata”.
Nie mam nic przeciwko rozwojowi AI, ale jego powszechność nie jest konieczna do wykorzystywania jej potencjału. Pytanie tylko, czy to jeszcze innowacja, czy już desperacka próba obrony biznesowego modelu wielkich korporacji?

wtorek, 20 stycznia 2026

 Leszek Wysocki

 
Kłamstwo Świętych Mężów
Jak zaprogramowano cię, żebyś klęczał
I.
Nicea, 325 rok naszej ery.
Powietrze gęste od kadzidła i potu trzech setek ciał w zamkniętej sali cesarskiego pałacu. Konstantyn siedzi u szczytu — purpura na ramionach, krew pod paznokciami. Kilka miesięcy temu kazał zamordować współcesarza Licyniusza. Za rok utopi żonę we wrzątku i udusi własnego syna.
Dziś buduje religię.
Trzysta głosów kłóci się o naturę Chrystusa. Czy był Bogiem? Człowiekiem? Jednym i drugim? Biskupi krzyczą, wymachują rękami, cytują teksty, których nikt nie sprawdził. Spory teologiczne trwają od dekad — są starsze niż ten sobór, starsze niż sam Konstantyn.
Ale to nie teologia go obchodzi.
Konstantyn podnosi dłoń. Cisza.
Jedno imperium, jeden Bóg, jedna prawda. Reszta — herezja.
„Kto się nie zgodzi z tym, co dziś ustalimy" — mówi — „zostanie wygnany."
Na jego palcu błyszczy pierścień z krwawnikiem. Ten sam, który nosił, podpisując wyroki śmierci.
Ariusz, który śmiał myśleć inaczej, patrzy na drzwi.
Historia jest bardziej zawiła niż ta scena. Były frakcje i kompromisy, niuanse i wyjątki. Ale mechanizm — ten, który zamienia doświadczenie w doktrynę, a doktrynę w narzędzie władzy — ten był prawdziwy.
Za oknem zaczyna padać deszcz. Przez następne siedemnaście wieków będzie padał na kolana twojej rodziny.
II.
Masz pięć lat.
Kolana bolą od zimnej posadzki — czujesz każdą szczelinę między płytkami. Babcia szepcze ci do ucha, jej oddech pachnie miętą i czymś słodkim, co później rozpoznasz jako nadchodzącą śmierć: „Módl się. Bóg patrzy."
Zaciskasz dłonie tak mocno, że paznokcie wbijają się w środek dłoni. Cztery małe księżyce bólu.
Próbujesz wyobrazić sobie twarz Boga.
Widzisz tylko sufit kościoła. Złocenia. Cierpiącego człowieka na krzyżu — krew namalowana tak starannie, że prawie kapie. Artysta musiał długo studiować rany, żeby oddać ten odcień.
„Urodziłeś się w grzechu" — mówi ksiądz. Jego sutanna szeleści jak skrzydła czegoś, co zaraz wyląduje na twojej klatce piersiowej i zostanie tam na zawsze.
Nie rozumiesz tego słowa. *Grzech*.
Ale rozumiesz ton. Rozumiesz, że coś jest z tobą nie tak. Że coś było z tobą nie tak, zanim jeszcze wziąłeś pierwszy oddech.
Cztery małe księżyce na dłoniach.
Za czterdzieści lat będziesz je odciskał w gabinetach terapeutów, próbując zrozumieć, dlaczego nie potrafisz przyjąć miłości.
III.
Burbank, 2024. Trzecia w nocy.
Kobieta siedzi w ciemności sali montażowej. Jedyne światło — cztery monitory. Na każdym ten sam film — w różnych stadiach cięcia. Trailer nowego blockbustera o superbohaterze. Budżet dwieście milionów.
Pociera oczy. Trzeci tydzień bez weekendu.
Przed nią tabela. Wypełniona od góry do dołu. Kolumny: „Punkt zwrotny pierwszy", „Ciemna noc duszy", „Zmartwychwstanie bohatera", „Finalne starcie".
Każdy film, który zarobił miliard, pasuje do tej tabeli.
Przesuwa palcem po ekranie. Batman i Joker. Frodo i Sauron. Luke i Vader. Neo i Agent Smith.
Wzorzec.
Zło, które musisz pokonać. Zbawca, który cię poprowadzi. Ciemność przed świtem. Zmartwychwstanie.
Zamyka oczy. Widzi twarze widzów wychodzących z kina. Płaczą. Są poruszeni. Kupują bilety na następny seans.
Otwiera oczy.
Różnica między Batmanem a Jezusem?
Przy Batmanie gasną światła w kinie i wychodzisz.
Przy Jezusie gasną światła w trumnie i dalej klęczysz.
Ta sama architektura. Ta sama formuła. Grzech, który musisz odkupić. Wina, za którą musisz zapłacić. Zbawiciel, do którego musisz klęknąć.
Hollywood nie wynalazło tej historii.
Hollywood ją dziedziczy.
IV.
Każda wielka tradycja zaczyna się od człowieka, który widział coś prawdziwego.
Mojżesz na górze, z twarzą rozpaloną od czegoś, czego nie umiał nazwać. Jezus w pustyni — czterdzieści dni sam ze sobą, aż dotarł do miejsca, gdzie słowa się kończą. Budda pod drzewem bodhi, gdy rano zobaczył gwiazdę i coś w nim pękło na zawsze. Mahomet w jaskini, trzęsący się, przekonany, że oszalał albo że dotknął czegoś większego niż rozum.
Prawdziwe doświadczenia. Prawdziwy ogień.
Potem przychodzą ci drudzy.
Mężczyźni z pergaminami. Mężczyźni z pamięcią tych, którzy pamiętali tych, którzy podobno słyszeli. Mężczyźni, którzy siedzą przy stołach i pytają: jak to zapisać? Jak to ustrukturyzować? Jak sprawić, żeby *działało*?
I nagle z doświadczenia robi się doktryna. Z doktryny — instytucja. Z instytucji — władza.
I gdzieś po drodze pojawia się ten sam wzorzec:
*Urodziliście się złamani.*
*Tylko my mamy klej.*
To nie przypadek, że tę samą strukturę znajdziesz w Rzymie i w Bagdadzie, w średniowiecznej Europie i w Ameryce megakościołów. To nie spisek — to coś głębszego. Ludzie w ciemnych izbach, którzy odkrywają wciąż na nowo tę samą formułę.
Bo ona działa.
Działa od tysiącleci.
Działa na ciebie.
V.
Jesteś dorosły.
Siedzisz w kościele na Wielkanoc. Wokół ciebie rodzina — wszyscy z pochylonymi głowami. Twoja matka porusza wargami bezgłośnie. Twój ojciec zaciska szczękę tak mocno, że słyszysz, jak zgrzytają mu zęby.
Patrzysz na witraż. Jezus z wyciągniętymi ramionami. Twarz pełna miłości.
Światło przechodzi przez kolorowe szkło i kładzie się na twojej twarzy — czerwień, błękit, złoto. Czujesz ciepło.
I nagle to widzisz.
Nie jego twarz. Swoją.
Przez trzydzieści lat czułeś tę miłość i myślałeś, że płynie z witraża. Z krzyża. Z nieba.
Teraz widzisz, skąd naprawdę płynie.
Z twojej klatki piersiowej. Z tego miejsca pod mostkiem, które zawsze bolało, gdy byłeś sam.
Z twojego własnego serca.
To nie znaczy, że witraż kłamie. To nie znaczy, że twoja babcia kłamała. To nie znaczy, że mistyk w jaskini kłamał.
To znaczy, że projektor zawsze stał w tobie.
Światło nie przychodzi przez witraż.
Światło wychodzi przez ciebie i odbija się od szkła.
Matka szturcha cię łokciem. „Módl się."
Zamykasz oczy. Ale już wiesz.
VI.
Sewilla, 1481.
Kobieta krzyczy. Ma na imię Ana. Ma trzydzieści dwa lata. Ma syna, który patrzy z tłumu i nie może odwrócić wzroku, bo strażnik trzyma jego głowę.
Płomienie liżą jej stopy. Skóra pęka jak pergamin.
Tłum stoi. Niektórzy się modlą — ich wargi poruszają się w rytm jej krzyków. Niektórzy odwracają wzrok. Niektórzy wyciągają szyje, żeby lepiej widzieć.
Powietrze pachnie rozgrzanym drewnem i czymś słodkim — tym samym zapachem, co pieczony kurczak. Niektórzy poczują mdłości. Niektórzy poczują głód i przez resztę życia nie będą wiedzieć dlaczego.
Inkwizytor trzyma krzyż. Jego twarz jest spokojna.
„W imieniu Jezusa."
*
Pięćset czterdzieści trzy lata później.
Ktoś wpisuje te same słowa pod postem na Facebooku. Kobieta, która właśnie straciła dziecko. Post o poronieniu.
„W imieniu Jezusa, modlę się za ciebie."
Czterdzieści siedem polubień.
Różne intencje. Różne serca. Różne czasy.
Ale słowa są te same.
I niosą w sobie cały ciężar tego, co w ich imieniu zrobiono — nawet gdy mówiący o tym nie wie.
VII.
Teraz.
Trzy w nocy. Leżysz w ciemności z otwartymi oczami.
Szukasz w sobie miejsca, które istniało przed pierwszą modlitwą. Przed pierwszym „grzechem". Przed pierwszym klęknięciem na zimnej posadzce.
Zamykasz oczy.
Jest tam.
Pod warstwami wstydu, który wszczepiono ci jak chip między żebra — tak głęboko, że myślałeś, że to kość. Pod strachem przed piekłem, które narysowano w twojej wyobraźni kredkami tak jaskrawymi, że widzisz je do dziś. Pod potrzebą zbawienia od czegoś, czego nigdy nie zrobiłeś.
Jest tam.
Płomień.
Nikt ci go nie dał. Nikt nie może ci go zabrać.
Jedyne, co mogą zrobić — sprawić, żebyś o nim zapomniał. Sprawić, żebyś szukał go w witrażach, na krzyżach, w księgach pisanych przez mężczyzn w ciemnych izbach.
Kładziesz dłoń na klatce piersiowej. Czujesz bicie.
To nie silnik. To źródło.
VIII.
Nicea. Sewilla. Rzym. Delhi. Salt Lake City.
Twoja sypialnia o trzeciej w nocy, kiedy nie możesz zasnąć i pytasz siebie, czy zasługujesz na miłość.
To ta sama historia. Ta sama ciemna izba. Ten sam stół. Ci sami mężczyźni — lub kobiety — którzy pochylają się nad tekstem i pytają:
„Jak sprawić, żeby klęczeli?"
Odpowiedź jest zawsze taka sama.
*Powiedz im, że urodzili się złamani.*
*Powiedz im, że tylko ty masz klej.*
Działa od tysięcy lat.
Działa, dopóki nie zobaczysz stołu.
IX.
Córka pyta cię o Boga.
Ma pięć lat. Jej kolana jeszcze nie znają zimnej posadzki. Jej dłonie nie noszą księżyców.
Możesz powtórzyć skrypt. Przekazać wirusa. Wziąć ją za rękę i zaprowadzić tam, gdzie ktoś powie jej, że urodziła się zepsuta.
Albo.
Możesz ukucnąć. Spojrzeć jej w oczy — są tak czyste, że prawie bolą.
Możesz powiedzieć:
„Nikt cię nie musi ratować. Nigdy nie byłaś zagubiona."
Możesz położyć dłoń na jej klatce piersiowej. Poczuć bicie.
„Tutaj. Czujesz? To jest to, czego ludzie szukają. Twoje własne. Niczyje inne."
Możesz pokazać jej płomień — jej własny — zanim ktokolwiek powie jej, że musi go szukać gdzie indziej.
Ten, który próbowali zakopać w doktrynie.
Ten, który próbowali okiełznać strachem.
Ten, który pamięta smak świata sprzed pierwszego kłamstwa.
X.
Jesteś sam.
Przed tobą wybór. Ostatni.
Powtórzyć zaklęcie czy pozwolić mu umrzeć w twoich ustach.
Czujesz ciężar tysięcy lat. Miliardy gardeł, które wypowiadały te imiona. Miliardy kolan na zimnych posadzkach. Miliardy księżyców odciśniętych w dziecięcych dłoniach.
Otwierasz usta.
Cisza.
Pierwszy raz od tak dawna — cisza.
Żadnego imienia. Żadnej modlitwy. Żadnego zbawiciela czekającego, aż uklękniesz.
I w tej ciszy słyszysz to, co zawsze tam było.
Bicie.
Twoje własne serce.
Twój własny ogień.
Twoje własne, nienapisane przez nikogo, imię.
*Nicea płonie.*
*Sewilla płonie.*
*Każda ciemna izba, gdzie mężczyźni pisali twój strach — płonie.*
*Zostajesz ty.*
*I płomień, który zawsze był twój.*